W fotografii trzeba mieć szczęście – historia jednego zdjęcia…

Portret Leopolda Kozłowskiego…  ze swoim portretem…

Nie da się ukryć, teza postawiona w temacie jest jak najbardziej prawdziwa. Oczywiście można to szczęście sobie przybliżyć jadąc do tzw. fotograficznych rajów-samograjów. Tam gdzie tylko naciskać migawkę i… mamy cudne zdjęcie za zdjęciem ponieważ cudowna jest tam przyroda, światełko, itd…. Norwegia, Namibia, USA, Chiny,… Gorzej jak mamy za zadanie lub po prostu ochotę zrobić zdjęcie w Polsce i to jeszcze w trakcie imprezy masowej, gdzie nie mamy możliwości swobodnego poruszania się z aparatem. Wtedy pozostaje… SZCZĘŚCIE! Kiedy miałbym dać Wam przykład takiego zdjęcia to od razu myśl moja mknie do Chmielnika. Małe miasteczko gdzie od XVII wieku była spora społeczność żydowska. To Żydzi sefardyjscy, uchodźcy z Hiszpanii. W XVIII wieku powstała synagoga, w której podczas jednego z Festiwali Kultury Żydowskiej odbywał się koncert gdzie jednym z wykonawców był sam Leopold Kozłowski zwany: ostatnim klezmerem Galicji. Postać absolutnie niezwykła. Z Anią pracowaliśmy wtedy nad zdjęciami do albumu Polski ALEF-BET, do którego tekst pisał Konstanty Gebert. Pojechałem do Chmielnika na kolejną edycję Festiwalu Kultury Żydowskiej.

Synagoga była jeszcze wtedy w stanie zaawansowanej ruiny. Ciemno, brak światła. Chodzić się nie da bo tłum wypełnił ją szczelnie. No ale miałem w miarę dobre miejsce z widokiem na fortepian i publiczność. Kiedy trwały zapowiedzi pojawił się… portret Leopolda Kozłowskiego! Wszystkie światła zgasły i tylko teatralny szperacz rozświetlał małym kółkiem obraz. Długim pociągnięciem kciuka zjechałem na -minusMAX w naświetlaniu i jeszcze dołożyłem coś z manuala bo początkowo widziałem po zgaszeniu świateł tylko białe koło na obrazie wypalone szperaczem…

Kątem oka zobaczyłem ruch – to do obrazu przeciskał się od fortepianu sam Mistrz Leopold! Kilka kroków ale zdążyłem nastawić odpowiedni czas  no i się zaczęło. Sam obraz sfotografowany, a gdzie żywy bohater… w ciemności… Niekiedy pojawiała się dłoń, czubek nosa… operator reflektora też nie ułatwiał… Kilka nietrafionych zdjęć i nagle jakby moje myśli odczytał Mistrz Leopold… Na trzy sekundy  w lekkim profilu jego twarz przecięła smugę światła, a ja ten moment zatrzymałem w kadrze.

CHMIELNIK - Leopold Kozłowski - Ostatni klezmer Galicji przy swoim portrecie
CHMIELNIK – Leopold Kozłowski – ostatni klezmer Galicji przy swoim portrecie

Uważam to zdjęcie za jedno z najważniejszych portretowych jakie zrobiłem. Szczęście zadecydowało, że… udało się. Po chwili zapaliły się światła i takie zdjęcie można było zrobić już tylko w studio.

Krzysztof Kobus – TravelPhoto.pl


(c) TravelPhoto.pl

Share