Dlaczego nie piszę o niektórych aparatach?

Dlaczego nie piszę o niektórych aparatach?

Są aparaty, o których nie chcę pisać. Dlaczego? No bo są albo nijakie, albo nie rokują na przyszłość, że coś z nich będzie lub będą one same w przyszłości . Wpuszczanie kogoś w kanał myślenia (o wprowadzeniu w czyn nawet nie chcę pomyśleć), że może taki aparat chciałbym mieć byłoby z mojej strony nie etyczne.

Sam wyróżniam dwie grupy aparatów, którymi każdy kto choć trochę poważniej myśli o fotografii powinien się interesować. Są to jako pierwsze aparaty wokół których jest zbudowany system czyli mamy obiektywy i pełno akcesoriów. Druga grupa to aparaty dzieła sztuki z zakresu mechaniki, optyki i elektroniki ze stałym obiektywem idealne do np. street photo. Reszta to plankton produkowany po to by biurkowi testerzy mieli o czym pisać fotografując wymyślne kompozycje „martwej natury” gdzie jednym z elementów są kolorowe kredki .

Przykłady? Oczywiście!

Kiedyś na wernisażu wystawy fotograficznej naszych przyjaciół pojawił się Marek „GadżetMen” A. z dyndającym Canonem „M”. Chciał chyba zrobić jakąś akcję promocyjną bo nawet zebrał „kółko różańcowe” i opowiadał cuda z folderu reklamowego. No niestety dla niego w odpowiednim momencie się pojawiłem i po kilku celnych ripostach na temat użyteczności tego co mu dynda kółko się rozsypało i wernisaż mógł się odbywać dalej bez przeszkód. Co złego jest w tym aparacie? To, że jest jak wyspa lub koło ratunkowe dla Canona, który poczuł się źle nie mając w ofercie bezlusterkowca. No i zamiast dwa lata wcześniej wypuścić lustrzankę 7D mk II to tracili czas na zrobienie aparatu, który jest jak ni pies ni wydra i do tego jest po prostu zły.

Kosztuje tyle co znacznie lepsze bezlusterkowce, parametry ma słabsze i do tego kompletny brak czegokolwiek z akcesoriów i obiektywów. Jedyne dwa obiektywy „M” miałbym ochotę wkręcić w oczodoły temu, kto podjął decyzję o produkcji tejże „eMki”. Ale… są tacy co go testują i piszą dyrdymały o tym jak cudownie mieć np. ekran dotykowy!

Kolejnymi dziwnymi aparatami są te od mikro43 lub Micro 4/3 lub Micro Four Thirds. To takie aparaty z matrycą jak z lepszego kompaktu ale z wymiennymi obiektywami. Wymyślili to cudo Kodak i Olympus. Pierwszego już nie ma, a Olympus przejęło Sony i miejmy nadzieję, że więcej inwestować nie będzie. Ja mam własną teorię na temat powstania tego systemu. Pewnego dnia szedł sobie ktoś z K. lub O. z kompaktem, z którego wysunął się obiektyw i pech, że ten obiektyw się mu wyłamał. Dzięki jednak zakrętce od soku z pobliskiego spożywczaka udało się wkleić gwint i powstało to 4/3. Powiecie, że się czepiam, że to może taki fajny system dla amatorów. Nie jest fajny… Ma wszystkie wady kompaktów, a nie po to ktoś kto chce amatorsko, ale na wyższym poziomie, fotografować zmienia kompakt na aparat fotograficzny systemowy by dalej mieć kompakt! Mała matryca, to mała matryca. To wszystko co fizyka dyktuje tu jest. Szumy, brak dynamiki, brak sensownych szerokich kątów,…

Kolejne aparaty, o których nie mam zamiaru pisać (chyba by jak chwasty tępić) to gargamele – zlepki różnych elementów z których powstaje coś strasznego… Najlepszym przykładem takiego foto-gargamela jest Hasselblad Lunar. Dla tych co nie kojarzą marki – Hassleblad był kiedyś producentem aparatów, które były niedościgłym marzeniem każdego od amatora po zawodowca. Ten średni format poleciał w kosmos i był oficjalnym aparatem NASA. Cudo! Śnił mi się po nocach.

Niestety marka niezbyt sobie poradziła we współczesnym świecie i te piękne, świetne aparaty przestały być produkowane za to rozpoczęła się współpraca z Sony. Hasselblad kupił flaczki bezlusterkowca NEX-7 – w całości jak leci, bez wybrzydzania. Jako szwedzka firma mająca dostęp do tanich skór łosi ginących masowo na drogach Szwecji oraz drewna – zatrudnił kaletników oraz cieśli (zamiast inżynierów) i oto powstał zdumiewający foto-gargamel pod nazwą Lunar czyli NEX-7 w skórze i drewnie!

Efekt pracy cieśli z Hasselblad'a
Efekt pracy cieśli z Hasselblad’a

 

Jak zobaczycie u kogoś, kto pochwali się, że nie dostał ale kupił to… uważajcie na niego… może być niezrównoważony psychicznie! Hasselblad poszedł za ciosem i kupił również od Sony flaczki RX-100. Co z nimi zrobił?  TAK! ZGADLIŚCIE! Dodał drewniany grip, cenę pomnożył razy kilka i dał oczywiście wielkie logo by pajac, który z czymś takim chodzi czuł się znakomicie dowartościowany! Co za koszmar, co za upadek legendy!

A ma być jeszcze gorzej bo podobno Hasselblad i Sony porozumiały się w sprawie współpracy, (UWAGA!) w ramach której będą poszukiwać przełomowych rozwiązań technicznych i inżynierskich, pozwalających na pokonanie różnych wyzwań stojących przed obecną techniką fotograficzną.

Główne tematy Hasselblada to:

– efektywne rozpalanie ogniska drewnianym gripem dla fotografów outdoorowych
– 5 sposobów na spożycie skóry z aparatu we współpracy ze szkołą przetrwania

a wszystkim innym zajmie się już Sony. Niedługo będę w górach, znajdę pniaka i im coś wyrezam kozikiem – duża szansa, że projekt kupią!

Takim właśnie wynalazkom z dziedziny fotografii mówię stanowcze NIE!

Krzysztof Kobus          

Share